poniedziałek, 13 października 2014

ROZDZIAŁ 2

Minął tydzień. Tydzień odkąd Harry przyjechał do instytucji. Nie zrobił nic, co myślałam, że mógłby zrobić. Przestrzegał zasad, tak jak powinien, bezproblemowo. Większość ludzi przeszłaby załamanie w ciągu pierwszego tygodnia, ale już wiedziałam, że Harry nie był "większością ludzi". Zdecydowanie był  inny. Zawsze przestrzegał zasad. To powinno być uspakajające, ale chyba jeszcze bardziej mnie przerażało. Przyzwyczaiłam się do szalejących pacjentów, wrzeszczących, drących się, próbujących cię zaatakować. Wiedziałam, co wtedy robić i jak reagować. Harry wyglądał na posłusznego, stosował się do nakazów i robił, co mu się powiedziało. Wariaci tak nie robią. Mają napady złości, bo wiedzą, że są tutaj zamknięci na cztery spusty i boją się tego. Zachowaniem Harry pokazywał, że się nie boi, nie martwi się tym, że mógł utknąć tu na zawsze. On coś knuł. I to mnie przerażało.
Myślałam o tym, gdy siedziałam w pokoju pielęgniarek, nie robiąc zbyt wiele. Usłyszałam skrzypnięcie drzwi, kiedy weszła Lori, która byłą tu "główną pielęgniarką", chociaż robiła dokładnie to, co wszystkie. Miała długie, siwe włosy, bladą cerę i około sześćdziesiątki na karku.
-Pani Hellman chce, żebyś dostarczyła śniadanie do pokoju 419 - powiedziała
Nazywałyśmy je pokojami, chociaż to były bardziej cele więzienne. Przytaknęłam, niechętnie podniosłam się z miejsca i zabierając tacę z jedzeniem zaczęłam iść w stronę celi. Nie mogłam sobie przypomnieć, kto przebywał w pokoju 419, ale zaraz miałam się dowiedzieć. Otworzyłam ciężkie drzwi i weszłam. Przez to, co zobaczyłam prawie upuściłam jedzenie.
To był pokój Harrego.
Siedział na skraju łóżka opierając ramiona na udach. Wpatrywał się w podłogę i wyglądało, jakby nad czymś usilnie rozmyślał. Miał podwinięte rękawy, a jego ciemne loki były roztrzepane, odgarnięte do tyłu. Usłyszał, jak weszłam i jego głowa momentalnie zwróciła się w moim kierunku.
-Cześć - uśmiechnął się
-Hej - powiedziałam cicho - Umm... - nie bardzo wiedziałam, gdzie zostawić jego posiłek. Czułam się niezręcznie i byłam wystraszona, więc, tak jakby, ciągle tkwiłam tam jak kołek.
-Daj. - powiedział, gdy wstał i podszedł do mnie po jedzenie. Instynktownie cofnęłam się o krok i zetknęłam się ze ścianą.
Głośno zachichotał na moją reakcję i podszedł jeszcze bliżej. Wstrzymałam oddech, kiedy zmniejszył odległość między nami do minimum. Taca zapewniała mi jedynie 10 cali odległości między mną a nim. Musiałam przechylić głowę do tyłu, żeby zobaczyć jego ciało zbliżające się do mnie i jego oczy jak oceany szmaragdów. Miał przyklejony do twarzy głupi uśmieszek, kiedy sunął językiem powoli po wargach, żeby je zwilżyć.
-Nie bój się, nie skrzywdzę cię - wypowiadał każde słowo powoli, poważnym głosem - Jak masz na imię, kochanie?
-Rose.
Pochylił się bliżej. Za blisko. Zaskoczyło mnie, gdy okazało się, że całkiem ładnie pachnie, mimo tego zatęchłego miejsca. Wolno przyłożył usta do mojego ucha. Mogłam poczuć jego gorący oddech na mojej szyi. Wywołało to w moim rozdygotanym ciele jeszcze większe drżenie.
-Jestem Harry - wyszeptał prawie bezdźwięcznie
Zwyczajnie przytaknęłam. Moje serce uderzało milion razy na minutę. Stałam kilka cali od mordercy. Nie miałam pojęcia, co teraz zrobi. Znowu mnie zaskakując - nie zrobił nic. Tylko tam stał.
-Mogę już moje jedzenie? - spytał głupio się szczerząc.
Spojrzałam w dół i zdałam sobie sprawę, że ciągle ściskałam tacę, tak mocno, aż moje knykcie pobielały.
-Ja...jasne. - zająknęłam się, kiedy mu ją wcisnęłam i uciekłam. Słyszałam jego ciężki chichot wydobywający się z celi i szybko odeszłam speszona. Byłam na siebie wściekła, że dałam mu się zastraszyć i stchórzyłam na jego oczach. To pokazywało, jaka byłam słaba i wrażliwa oraz, że nie nadawałam się na przebywanie między bezlitosnymi kryminalistami.
Byłam trochę roztrzęsiona, kiedy weszłam do pokoju pielęgniarek. Jeszcze nie oswoiłam się z pociągającą, acz zastraszającą obecnością Harrego. Jak pani Hellman mogła kazać mi iść do jego pokoju bez ochrony, nie zakuwając go nawet wcześniej kajdankami? Mógł mnie zaatakować albo zgwałcić albo nawet uciec z celi, kiedy ja zostałabym bez pomocy. Znaczy, wiedziałam, że pani Hellman powiedziała, że będę teraz spędzać więcej czasu wśród  pacjentów, ale nie tak to sobie wyobrażałam.
Weszłam do gabinetu Lori i znalazłam ją pomagającą schizofrenicznej pacjentce, Darli, która utopiła własne dziecko.
-Hej, dobrze się czujesz? Wyglądasz jakbyś właśnie zobaczyła ducha - zauważyła
-Tak, wszystko w porządku - skłamałam. Nie chciałam przebywać teraz przy pacjentach, potrzebowałam tylko przez chwilę oczyścić umysł. - Muszę iść do łazienki - powiedziałam i wyszłam z pokoju
-Okej, ale pośpiesz się, mamy dzisiaj obchód - zawołała za mną
Jęknęłam. Mamy trzy dni w miesiącu, kiedy sprawdzamy zdrowie wszystkich pacjentów. Nie ich psychiczne zdrowie mimo, że to mnie bardziej interesowało. To była robota psychiatrów.
Wykorzystałam czas w łazience na poprawienie swoich długich, falowanych, ciemnych włosów, stroju i ogólnie wszystkiego. Kiedy skończyłam wróciłam do pokoju.
-Właśnie przegapiłaś tego nowego; Harrego - oznajmiła mi Lori, gdy weszłam.
-Nie powiem, żebym żałowała. - odparłam
-Czemu, nie lubisz go?
-Poza tym, że obdarł ze skóry trzy kobiety? Doszczętnie mnie przeraża.
-Oh, zdążyłam zauważyć. W pewnym sensie, mnie też przeraża, tak jak każdy pacjent tutaj.
-Na prawdę? Zawsze wydawałaś się czuć tak pewnie z nimi.
-Tak, bo przywykłam do nich. Kiedy ich poznasz, zdajesz sobie sprawę, że wcale nie tak dużo różnią się od nas, normalnych ludzi. Po prostu zagubili się we własnym umyśle. - później dodała ciszej - Połowa z nich nie powinna być nawet zamknięta w tym więzieniu.
-Jak to? - zapytałam. Przecież oni wszyscy byli przestępcami. Jasne, że powinni być zamknięci.
-Nie ważne, zapomnij o tym.
Byłam ciekawa, o co dokładnie jej chodziło, ale zdecydowałam się nie dociekać. Pracowałam z Lori kilka następnych godzin wręczając jej przyrządy i sporządzając dokumentację czy cokolwiek chciała. Do tej pory nie musiałyśmy nikomu podawać środków usypiających albo wzywać ochrony, więc wszystko szło po naszej myśli.
Kiedy widziałyśmy się już z jakąś połową pacjentów, Lori odwróciła się do mnie.
-Dobra, czas na nasz lunch - westchnęła, zanim szybko wyszła z pokoju. Nie byłam głodna i nie było mowy, żebym siedziała w gabinecie przez godzinę, więc mogłabym się trochę rozejrzeć. Znałam większość miejsc, które były mi potrzebne do pracy, na przykład kafeterię, skrzydło z pokojami pacjentów, hol pracowników, ale to by było na tyle. A jak widać z zewnątrz, to miejsce było ogromne. Pewnie widziałam jedynie jakąś połowę budynku. Nie przestawałam się zastanawiać, co skrywały inne korytarze instytucji. Moje stopy dudniły o cementową podłogę, kiedy szłam w głąb holu, nie wiadomo dokąd prowadzącego. Podczas przechadzki zastanawiałam się, jak stary może być ten budynek. Wybudowano go jakieś 40 lat temu, w 1912, ale wyglądał na bardzo stary. 
W sumie to tu było groźnie. W pewnym stopniu panował tu chłód i ciemność. Pomimo setek pacjentów i pracowników dookoła, wydawał się opustoszały. Przez jakieś 5 minut szłam wzdłuż ścian, które wiecznie gdzieś zakręcały i zawracały, gdy dotarłam do dużych, ciężkich drzwi. Były zrobione z metalu i przypominały wejście do całkiem innej instytucji. Słyszałam stłumione wrzaski i krzyki dochodzące zza drzwi. Podniosłam wzrok, zauważyłam szary napis nad framugą "Oddział C".
Część mnie była ciekawa, jakie horrory dzieją się za tymi drzwiami, ale druga połowa nigdy nie chciała się dowiedzieć.
Zdecydowałam się iść dalej i ewentualnie wejść gdzieś indziej. To wejście nie było takie wielkie i zabezpieczone, lecz trochę bardziej ustronne. Nie było też tabliczki, która mówiłaby, co to jest, ale chciałam się tego dowiedzieć. Nacisnęłam więc klamkę i weszłam. Jak się okazało w pokoju był jedynie ogromny bałagan. Dokumenty i papiery leżały w pomieszanych stosach na podłodze. Były tam zdjęcia prześwietleń powieszone na ścianach i słoiki na półkach. Co do cholery było w tych słoikach? Nie miałam pojęcia. Alkohol w szklance był stary i cuchnął. Moje oczy spoczęły na prześwietleniach. Wyglądały na różne części ludzkiego ciała. W większości mózgi, części serc i nerwów, tyle mogłam rozpoznać. Jedno z nich było podpisane:
 
Test #309
Pacjent 20
Lila Darson
 
Cholera, co to jest?
Nadepnęłam na papiery próbując przyjrzeć się kolejnemu zdjęciu i usłyszałam powolne skrzypnięcie drzwi. Stanęłam jak wryta. Wiedziałam, że nie powinnam tu być i ktokolwiek otworzył drzwi zapewne też to wiedział.
-Mogę zapytać, co ty tu robisz?

1 komentarz: